Rozmowa z dyrektorem Opery Bogusławem Nowakiem

Zachęcamy Państwa do przeczytania wywiadu z dyrektorem naszej sceny, Bogusławem Nowakiem, który w rozmowie z Anną Kańską Małachowską, redaktor naczelną portalu nascenie.info, opowiada m.in. o premierze spektaklu „Don Pasquale”, której reżyserię powierzył Jerzemu Stuhrowi.

 

Anna Kańska Małachowska: Skąd pomysł na zaproszenie do realizacji niedawnej premiery Opery Krakowskiej Jerzego Stuhra. Dlaczego wybór padł na Don Pasquale G. Donizettiego?
Bogusław Nowak: Budowanie repertuaru jest w naszym teatrze bardzo świadome i mam nadzieję, że jest to widoczne od kilku lat. Zresztą dotyczy to nie tylko naszego teatru. Ale jest też obdarzone przypadkami wynikającymi między innymi z kontaktów ze środowiskiem. Z Jerzym Stuhrem to historia odległa. Nasza znajomość trwa od… 40 lat! Poznaliśmy się w Starym Teatrze w Krakowie, gdzie byłem najpierw montażystą dekoracji, inspicjentem, później asystentem reżysera. A Pan Jerzy aktorem. Kiedy po latach zostałem dyrektorem opery, postanowiłem  zapraszać Go na nasze premiery, między innymi dlatego, że poprzez swoje zainteresowania oraz rodzinę jest blisko związany ze środowiskiem muzycznym. Często po spektaklach w luźnej rozmowie rozmawialiśmy o nich. Pan Jerzy zawsze miewał trafne uwagi (dobre i złe), dlatego też po pewnym czasie zacząłem go namawiać, żeby spróbował swoich sił w operze. Długo mi odpowiadał, że nie jest na to gotowy, że w stosunku do opery trzeba mieć pokorę, że jest zajęty. Jednak mimo swoich obaw zawsze deklarował (w jakiejś perspektywie) chęć kooperacji z operą. Gdy już się zdecydował, rozważaliśmy różne tytuły, w końcu zaproponowałem, żeby sam wybrał sobie operę, nad którą będzie chciał się pochylić. To było jakieś 3 lata temu. W międzyczasie prowadziłem rozmowy z Mariuszem Kwietniem w sprawie realizacji  Don Pasquale. Był bowiem pomysł, żeby Mariusz sam wyreżyserował ten spektakl. Zdradzę Państwu przy okazji, że Mariusz Kwiecień w ogóle myśli w przyszłości o reżyserii, a ponieważ wielokrotnie brał udział w różnych realizacjach  Don Pasquale, chciał swoją przygodę z reżyserią rozpocząć właśnie od tego tytułu. Jednak rok temu, z uwagi na brak czasu, Mariusz wycofał się z tego pomysłu, obiecując mi jednocześnie swój udział w premierze w partii doktora Malatesty. Wówczas zadzwoniłem do Jerzego Stuhra, zaprosiłem go – mówiąc po krakowsku – na „kieliszek kawy” i wyłuszczyłem, w czym rzecz. Tym razem nie musiałem go zbyt długo przekonywać. W zasadzie wcale nie musiałem. Chcę Państwu powiedzieć,  że profesor Jerzy Stuhr kokietuje nas tylko (w dobrym tego słowa znaczeniu) swoją głośno definiowaną pokorą do pracy nad operą. Ale nie dajmy się zwieść (śmiech), Jerzy Stuhr jest człowiekiem niezwykle sumiennym i jeśli się czegoś podejmuje, to w sposób świadomy, przemyślany i odpowiedzialny. Dał sobie kilka dni do zastanowienia – wiem, że spędził ten czas oglądając różne realizacje Don Pasquale, próbując się odnaleźć w tym świecie. Po kilku dniach przyszedł do mnie i powiedział „w porządku, pracujemy”. Proszę mi wierzyć, jak rozpoczęły się próby, to w każdym dniu, w każdej godzinie było widać, że jego decyzja o zrealizowaniu tej właśnie  opery była bardzo przemyślana, że doskonale się do tej realizacji przygotował i że ma wiele do zaproponowania artystom takiego formatu jak Mariusz Kwiecień, czy Andrzej Lampert. Oni od niego „kupili” pomył na ten spektakl, ale odwzajemnili się mu swoimi propozycjami – krótko mówiąc, prawdziwy teatr! Państwo zobaczyliście tylko ostatni akcent tego teatru, czyli premierę i kolejne spektakle. My mieliśmy przyjemność podglądania prób i to była niezwykła rzecz patrzeć, jak następuje symbioza całego zespołu, który wiedział dokładnie po co to chce zrobić, przyjmując konwencję pracy Stuhra. Uświadomiliśmy sobie wszyscy, że prawdziwość takiego teatru polega na tym, że muszą zostać zawarte związki twórcze pomiędzy całym zespołem (nie tylko artystycznym, ale też technicznym). Powstał jeden organizm.Wszyscy akceptowali siebie i swoje role w tym przedsięwzięciu. Pięknie było patrzeć, jak powstaje taki teatr.

AKM: Odbiór spektaklu zarówno przez publiczność, jak i media nie pozostawia wątpliwości, że najnowsza premiera Opery Krakowskiej była strzałem w dziesiątkę. Jaki jest kolejny as w rękawie dyrektora?
BN: Obawiałem się takich pytań (śmiech). Urzędowo jako dyrektor teatru, ale też jako człowiek teatru, za jakiego się uważam, chcę prowadzić wspólnie z moimi partnerami w zarządzaniu teatrem: Laco Adamikiem i Tomaszem Tokarczykiem taki teatr, w którym sam sobie będę sprawiał przyjemność. W związku z tym jestem przekonany, że następne premiery sprawią nam wszystkim co najmniej tyle samo przyjemności jak ta, którą właśnie zrealizowaliśmy. Zarówno Hrabina Marica, którą pokażemy Państwu na przełomie lutego i marca, jak i Opowieści Hoffmanna w czerwcu.

AKM: W kontekście zbliżającej się premiery „Hrabiny Maricy chcę zapytać,  jakie będą losy  operetki w Krakowie? Została ona zepchnięta na odległy plan, mimo, że w naszym mieście sporo jest wielbicieli tego gatunku.

BN: Nie są mi obce głosy, że operetka w Krakowie powoli przestaje istnieć. Ale trudno zgodzić się z taką opinią. Od wielu lat organizowane przez nas koncerty karnawałowe odbywają się pod znakiem muzyki operetkowej i nie zamierzamy tego zmieniać. Często na naszym afiszu goszczą również Baron cygański i Zemsta nietoperza. Przystępując do realizacji Hrabiny Maricy mamy poczucie, że stajemy przed trudniejszym zadaniem, niż zrobienie Turandot czy Aidy. Trudność wynika z różnych okoliczności, ale przede wszystkim z tego, że w teatrze muzycznym  musi się budować relację mistrz-uczeń. Osoby, które były związane ze krakowską sceną operetkową, z najmocniejszym jej okresem, powoli odchodzą. Z rzadka więc możliwe jest spotkanie mistrzów z uczniami. Podejmując się pracy nad operetką zdajemy sobie sprawę z wielkiej odpowiedzialności, jaka na nas ciąży, bo chcemy to zrobić dobrze. Musimy dłużej się przygotowywać i szukać dobrych emocji, licząc na  reżysera. Tej trudnej misji podjął się Paweł Aigner (który przed laty zrealizował u nas z sukcesem Ptasznika z Tyrolu). Chodzi o to, żeby zachować przesłanie gatunku, jakim jest operetka. A to jest trudne. Bo gwiazd operetek jest między nami coraz mniej. Ale na szczęście są w naszym zespole gwiazdy sceny muzycznej w szerokim tego słowa znaczeniu. Moje przemyślenia dotyczące operetki w Krakowie są efektem rozmów z publicznością i analizy sytuacji – powiem tak: Kraków, milionowe miasto, stać na dwa teatry muzyczne. Teatr Variete nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań wyrażanych przez publiczność operetkową. Jest więc luka, którą należałoby wypełnić. My jesteśmy teatrem (nie tylko z nazwy) operowym i nasze realizacje udowadniają nam, że droga, którą kroczymy jest słuszna. Operetka wymaga nieco innych predyspozycji, zarówno muzyków, jak i artystów. Poznań, Łódź, Wrocław, Warszawa, mają po dwa teatry muzyczne, czemu więc nie może być podobnie w Krakowie? To pytanie, które od lat pozostaje bez odpowiedzi...

AKM: Był Pan dyrektorem w  różnych instytucjach artystycznych – w radiu, w telewizji, w operze. Z operą się Pan rozstał, potem znowu wrócił. Czy Pana związek z operą to małżeństwo z rozsądku czy z miłości?
BN: Zawodowo „urodziłem się” w teatrze dramatycznym, pierwszą umowę o pracę podpisałem w 1976 roku w Starym Teatrze. Tam rozwijałem w sobie pasję teatru, z przerwą na studia na Wydziale Radiowo-Telewizyjnym w Katowicach. Na jednej z premier w Starym Teatrze zostałem przedstawiony Ewie Michnik, która była wówczas dyrektorem naczelnym Opery i Operetki w Krakowie. Zaproponowała mi spotkanie, podczas którego otrzymałem propozycję, by zostać jej zastępcą. Zgodziłem się - pełniłem tę funkcję przez dwa sezony (1983-1985). Tak więc szacunek i miłość do opery została mi poniekąd przekazana przez Ewę Michnik. To wspaniały nauczyciel. Prowadziła ten teatr z pasją, ale i z żelazną wypracowaną przez siebie wizją i konsekwencją. To się nie wszystkim podobało. Potem pracowałem w telewizji, ale zawsze z wielką radością przychodziłem do opery na kolejne premiery. Kiedy na przełomie lat 90-tych i 2000-nych otrzymałem propozycję, by stanąć na czele zespołu, który w dużej części był mi znany, nie zastanawiałem się długo. Czułem, że to dobry moment, aby zrealizować swoją wizję na prowadzenie tego teatru. Wsłuchałem się we własne myśli i emocje. Tym bardziej, że moje spotkanie z operą jako instytucją nastąpiło bardzo wcześnie i szybko zafascynował mnie ten świat. Moja mama, która wychowywała mnie i moją siostrę samotnie, aby związać koniec z końcem, dorabiała sobie w Teatrze Słowackiego sprzedając kawę i czekoladki na spektaklach w niedzielę. Jako mały chłopak szedłem z mamą na godzinę 12.00 w południe na spektakl, a jeśli miałem odrobione zadania to mama pozwalała mi iść do loży elektryków oglądać przedstawienie. I tak pierwszą operą, którą obejrzałem był  spektakl Fra Diavolo. Z tej „mojej” loży miałem możliwość oglądania wielkich sław operowych – Teresy Żylis-Gary jako Halki, Jadwigi Romańskiej w Madama Butterfly, Bogdana Paprockiego jako Jontka. Myślę, że chyba właśnie wtedy opera przyjęła mnie do swojego grona. Mogę więc powiedzieć, że od 8. roku życia byłem niejako skazany na operę. Ale czy opera jest skazana na mnie? Staram się, żeby tak było (śmiech).

AKM: Gdyby mógł Pan cofnąć czas, byłby Pan dyrektorem opery?
BN: Mój związek z Operą Krakowską, w ostatnim okresie, trwa od blisko 15 lat i myślę, że oddaję jej, co należne, a sobie sprawiam przyjemność kolejnymi udanymi spektaklami. Jednak od czasu do czasu „grzebię”  w mojej przeszłości. Przez dwa lata pracowałem na planie filmowym – miałem przyjemność robić seriale z Januszem Dymkiem, byłem na planie z Krzysztofem Kieślowskim, Feliksem Falkiem, Kazimierzem Kutzem, a przede wszystkim z Andrzejem Wajdą w słynnym Z biegiem lat, z biegiem dni… i to jest równie  bliski mi świat. Do dzisiaj ckni mi się za filmem. Gdyby nie okoliczności rodzinne i konieczność powrotu do Krakowa, myślę że film pochłonął by mnie w całości.

AKM: Na koniec pytanie od naszych Czytelników – dlaczego w Operze Krakowskiej spektakle grane są w bardzo krótkich seriach? Dla przykładu spektakl  Don Pasquale, po swoich trzech premierowych wykonaniach powróci na afisz dopiero na przełomie marca i kwietnia.

BN: Odpowiedź jest prosta. Jesteśmy teatrem repertuarowym – aby był w dobrej kondycji, musimy utrzymywać gotowość do konfrontacji z każdym gatunkiem muzycznym. Musimy dbać o cały zespół. Nie da się zagrać w tej chwili 8 czy 10 spektakli Don Pasquale”  pod rząd, bo zajęłoby to ze 20 dni. W tym czasie pozostali soliści i zespoły nie mieliby co robić. Nie realizowali by swoich pasji, pomijając tutaj wątek zarobków. Chodzi także o kwestie marketingowe. Mamy doświadczenie, że cztery grane w jednej serii spektakle to liczba wystarczająca dla naszej publiczności. Na pewno wygodniej pod względem organizacji widowni jest w Teatrze Roma w Warszawie, gdzie przez rok grany jest jeden tytuł. Ale to teatr musicalowy. W teatrze repertuarowym, czyli naszym, nie jest to możliwe.

AKM: Życzmy zatem Operze Krakowskiej i jej publiczności, by liczba ta rosła wraz z liczbą atrakcyjnych premier.
BN: Dziękuję bardzo.


Źródło: nascenie.info, 15.12.2016 r.