TWARZ OPERY | Adam Mośko

Opera Krakowska: Mężczyźni rzadko wybierają karierę baletową. Jak to się stało, że związał Pan z tańcem całe swoje życie?

Adam Mośko: Zawsze byłem nadpobudliwym dzieckiem, dla którego największą karą był bezruch. Rodzice szukali pomysłów na to, aby mnie okiełznać i ukierunkować moją energię. Zainspirowała ich kuzynka, która była uczennicą w Ogólnokształcącej Szkole Baletowej im. L. Różyckiego w Bytomiu. Miałem 10 lat, gdy zamieszkałem w internacie z dala od rodzinnych Żor. Była to śmiała decyzja, ponieważ w domu brakowało tradycji muzycznych. Ojciec - górnik, matka pracowała w odlewni żeliwa, nikt nie spodziewał się, że pokocham taniec. Przyznam, że początki nie były łatwe i miałem chwile zwątpienia. To była istna szkoła życia. Uczyłem się nawet po 68 godzin tygodniowo, bo oprócz przedmiotów ogólnokształcących miałem jeszcze te związane z baletem. Tęskniłem za przyjaciółmi, a rodzinę widywałem tylko w weekendy. Jednak im byłem starszy, tym bardziej podobało mi się to, co robię.

OK: Jakie trzeba mieć predyspozycje, żeby być dobrym tancerzem?

AM: 10% to talent, reszta to ciężka praca. Oczywiście ważne są warunki fizyczne ale najważniejsza jest bardzo mocna psychika. Świadczy o tym m.in. to, że na egzamin wstępny do szkoły baletowej przyszło ok. 3 tysięcy dzieci, przyjęto 25, a szkolę skończyło tylko 7 uczniów!

OK: Długo nie mógł Pan znaleźć swojego miejsca.

AM: Marzyłem o studiach zagranicznych, ale nie były one wtedy w moim zasięgu. Trafiłem do Opery Krakowskiej, która w 2002 roku nie miała jeszcze zespołu baletowego na tak wysokim poziomie jak dziś. Po drugim sezonie wyjechałem więc do Opery Bałtyckiej, gdzie miałem okazję zatańczyć kilka solistycznych partii. Po pół roku poszedłem na studia w Rotterdamie. Jednak to również nie było to, czego szukałem, ruszyłem więc dalej. W Londynie spędziłem cztery lata i wziąłem udział w kilku ciekawych projektach artystycznych. W 2008 roku wróciłem do Krakowa, gdzie zespół już się rozrósł i realizował ciekawe, ambitne projekty.

OK: I od razu dostał Pan partię w "Historii żołnierza"?

AM: Tak - byłem zaskoczony. Spektakl jest trudny pod względem fizycznym i aktorskim, a do partii Żołnierza wybrano właśnie mnie. To duży zaszczyt. Mam wrażenie, że moja postać wciąż się rozwija i zyskuje nowe znaczenie. To jedna z moich ulubionych ról, druga to brzydka siostra w "Kopciuszku". Także nie jest łatwa, bo jako mężczyzna muszę oszukać widza i przeistoczyć się w kobietę, a jednocześnie nie mogę otrzeć się o groteskę. Chociaż to z pozoru dwie zupełnie różne role, obydwie są dla mnie wyzwaniami i pozwalają mi samodzielnie je kreować.

OK: Pracownicy Opery Krakowskiej uznali Pana za najlepszego tancerza ostatniego pięciolecia.

AM: To było bardzo miłe zaskoczenie. Cieszę się, że docenili mnie jako tancerza i jako człowieka. Najważniejszą nagrodą dla mnie są momenty, gdy udaje mi się wzbudzać emocje w publiczności.

OK: Czy realizuje Pan swoje pasje także poza operą?

AM: W zeszłym roku zorganizowałem warsztaty tańca współczesnego z solistami Teatru Narodowego w Marsylii. Był to sukces, więc chciałbym je powtórzyć. Przygotowuję się także do występu na kilku festiwalach m.in. w Budapeszcie. Poza tym uwielbiam silne emocje, uderzenie adrenaliny - jeżdżę na ścigaczu i uprawiam wspinaczkę.

Rozmowę przeprowadziła Anna Barańska w dn. 19.02.2014 r.