TWARZ OPERY | Adam Sobierajski

Opera Krakowska: W dzieciństwie marzył Pan o karierze sportowej, a jednak został Pan śpiewakiem operowym…

Adam Sobierajski: Jak wszyscy moi rówieśnicy trenowałem piłkę nożną w Klubie Concordia Knurów. Z mojego miasta pochodzi legendarny bramkarz Jerzy Dudek i bardzo chciałem mu dorównać. Przeszkodziły mi liczne kontuzje. Traf chciał, że w liceum mój nauczyciel muzyki prowadził Chór Schola Cantorum i całej klasie zrobił przesłuchanie. Wtedy rozpoczęła się moja przygoda z chórem. Co ciekawe, na początku pedagog nie był pewien, czy zaklasyfikować mnie do grupy basów, czy tenorów. Musiałem sam wybrać i ze względu na to, że głośne były nazwiska Luciano Pavarottiego i Jana Kiepury, postanowiłem zostać tenorem. Okazało się, że podjąłem słuszną decyzję. Kolejny zwrot nastąpił w klasie maturalnej, gdy szukałem pomysłu na siebie. Podczas konkursu muzyki chóralnej usłyszał mnie ówczesny dziekan wydziału wokalnego Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach prof. Jan  Ballarin, u którego studiował kiedyś sam Piotr Beczała. Pedagogowi tak spodobał się mój głos, że zadzwonił do mnie do domu i namówił na kontynuację tej drogi życiowej, najpierw krótko w Muzycznej Szkole Średniej w Gliwicach, a potem właśnie na Akademii w Katowicach.

OK: Z boiska wszedł Pan więc prosto na scenę.

AS: Można tak powiedzieć. Moim debiutem scenicznym była, co dość nietypowe, partia Księcia Orlovskiego w „Zemście nietoperza” Straussa w reżyserii Jacka Chmielnika. Zaśpiewałem ją w 2004 roku, a więc rok przed ukończeniem studiów i od razu zaproponowano mi kontrakt w Gliwickim Teatrze Muzycznym. Towarzyszyły temu oczywiście ogromne emocje – pierwszy raz występowałem na scenie, a do tego u boku Małgorzaty Długosz oraz samego Adama Zdunikowskiego.  Zawsze darzyłem go ogromnym szacunkiem, a dziś mogę go nazwać także swoim bardzo dobrym kolegą, z którym rozumiemy się bez słów. Partia Księcia Orlovskiego z osoby zupełnie nieukształtowanej scenicznie w krótkim czasie przeistoczyła mnie w profesjonalnego śpiewaka.

OK: W tym roku mija 10 lat od Pana debiutu na scenie operowej. Które partie należą do Pana ulubionych?

AS: W swoim dorobku mam 12 partii operowych i 12 partii operetkowych. Jednak moje serce bije mocniej dla opery. Marzyłem zawsze o partii Rudolfa w „Cyganerii” Pucciniego. Co ciekawe, ziściło się to bardzo szybko, ponieważ był to mój spektakl dyplomowy w Operze Śląskiej w Bytomiu. W tej pięknej operze tenor właściwie nie schodzi ze sceny. Lubię także śpiewać „Traviatę” Verdiego. Pewnie sporo jeszcze przede mną. Chciałbym kiedyś spróbować swoich sił w „Córce pułku” Donizettiego.

OK: Obecnie najczęściej śpiewa Pan w Krakowie, w Bytomiu i Gliwicach. Czy ma Pan czas na jakieś inne projekty?

AS: Występuję także gościnnie w wielu innych teatrach oraz operach w Polsce.  W moim rodzinnym mieście Knurowie zainaugurowałem „Pierwszy wieczór z operą i operetką”. Gośćmi specjalnymi byli Iwona Socha i Dariusz Stachura. Ponieważ frekwencja była duża, chciałbym kontynuować te imprezy, których jestem gospodarzem. Oprócz tego moją wielką pasją jest sport, a w szczególności piłka nożna. Od 1988 roku jestem zagorzałym kibicem klubu FC Barcelona. Co poniedziałek staram się grać amatorsko na miejskim Orliku. Sprawia mi to ogromną przyjemność.

***

Rozmowę przeprowadziła Anna Barańska w dn. 20.05.2014 r.