TWARZ OPERY | Marcin Herman

Opera Krakowska: Dlaczego zajmuje się Pan muzyką?

Marcin Herman: To naturalna wrażliwość  - nasza konstrukcja predestynuje nas do wykonywania pewnych zawodów. Jeśli w twojej jaźni zachodzi swoista synestezja, tworzą się wrażenia, za którymi tęsknisz - to chcesz się tym zajmować. Myślę, że w moim wypadku nie było większego  wyboru... i mogę nazwać to szczęściem. Zajmuję się dziedziną ponadczasową, nieograniczoną, uniwersalną. Już Ludwik van Beethoven pisał: "Muzyka jest większym odkryciem niźli cała mądrość i filozofia…".

OK: Na początku była gitara?

MH: Tak. Na początku mojej drogi była miłość do gitary, tej klasycznej i "rozrywkowej". Miałem nawet zespół "rockowy" - pisałem teksty, komponowałem, aranżowałem piosenki... Ciągle jednak pojawiały się osoby, które namawiały mnie i utwierdzały w przekonaniu, że opera to jest to. W 1993 roku zostałem przyjęty do Opery Wrocławskiej, potem miałem szczęście trafić pod skrzydła prof. Dariusza Paradowskiego - wybitnego "sopranisty"- a następnie prof. Anny Kościelniak - cudownej kobiety, prawdziwej damy, uczennicy legendarnej Ady Sari - i tym pedagogom zawdzięczam wszystko, co dobre w moim warsztacie  wokalnym.  

OK: Nie od razu wybrał Pan Kraków…

MH: Po drodze był jeszcze Teatr Rozrywki w Chorzowie, następnie kontynuowałem musicalowe zainteresowania w  Gerhartz Theater - Kiel (Niemcy). Dużo jeździłem w trasy koncertowe - najdłuższą mógłbym nazwać "80 dni dookoła świata", bo przez 78 dni przejechaliśmy 40 tysięcy kilometrów. W końcu postanowiłem poszukać własnego miejsca... Przyznam, że na początku myślałem o Warszawie. Jednak los chciał, że dobrze zaśpiewałem egzamin do (jeszcze wtedy) Opery i Operetki w Krakowie. Zaproponowano mi partię Doktora w „Traviacie” Verdiego, potem był Benoit („Cyganeria” Pucciniego), Sprecher („Zauberflote” Mozarta), Commissario Imperiale („Madama Butterfly” Pucciniego) i inne. Miałem także przyjemność kreowania postaci Michała Archanioła w „Fauście” Goethego w reżyserii  Jerzego Jarockiego w Narodowym Teatrze Starym. To wszystko zdecydowało, że pozostałem w Krakowie.

OK: W Operze Krakowskiej jest Pan zatrudniony jako solista chóru. Co jest dla Pana najważniejsze w operze jako gatunku?

MH: Najbardziej fascynujące jest połączenie wielu dziedzin: teatru, muzyki, plastyki, słowa, ruchu... Ważne jest dla mnie  także poznawanie świata - zarówno w sensie geograficznym, kulturowym jak i personalnym. Pracowałem w większości krajów Europy i w USA.  Poznałem znakomitych twórców, współpracowników i zwykłych-niezwykłych ludzi  o niesamowitych życiorysach i bogatych duszach. Współpracowałem między innymi z Teatro Lirico Verdi - Trieste (Włochy), Artcom Paris (Francja), uczestniczyłem w spektaklu „Król Roger” Szymanowskiego podczas Festiwalu Bard Summer Skype NY. Wspaniałą przygodą zawodową był udział w Bregenz Festiwal, gdzie Dawid Pountney wyreżyserował „Króla Rogera” i „Aidę”. Kierownictwo muzyczne nad tymi tytułami objął Carlo Rizzi, a wszystko to z towarzyszeniem  Filharmoników Wiedeńskich w przepięknej scenerii Jeziora Bodeńskiego - gdzie scena jest na wodzie, a widownia, w ilości około 7 tysięcy osób, umiejscowiona jest na brzegu... Spektakl obejrzało wtedy w ciągu dwóch miesięcy około 200 tysięcy osób... Takich obrazów nigdy się nie zapomina... 

 

Rozmowę przeprowadziła Anna Barańska w dn. 22.04.2014