TWARZ OPERY | Michał Kutnik

 Opera Krakowska: Czy zawsze chciał Pan zostać śpiewakiem operowym?

Michał Kutnik: Od dziecka marzyła mi się scena… występy… Już jako mały chłopiec organizowałem takie mini przedstawienia dla rodziny i przyjaciół… Śpiewałem także w scholi. Następnie przyszedł czas występów w Akademickim Chórze Politechniki Krakowskiej „Cantata”. Ponieważ chciałem połączyć mój śpiew ze sceną, zdecydowałem się na studia na wydziale wokalno-aktorskim Akademii Muzycznej w Krakowie. Trafiłem do klasy znakomitego śpiewaka i pedagoga Andrzeja Bieguna. Mój debiut odbył się na III roku, w spektaklu „W krainie czarodziejskiego fletu”, do którego scenariusz napisał prof. Ryszard Karczykowski. W przedstawieniu tym  wystąpiłem w podwójnej roli – Papagena oraz narratora. To były wielkie emocje, duży stres oraz solidne doświadczenie sceniczne!

OK: W jakiego typu postaci najbardziej lubi się Pan wcielać na scenie?

MK: Trudno mi wymienić tę najbardziej ulubioną, ponieważ z każdą z postaci, które kreuję staram się „zaprzyjaźnić”. Nieważne, czy to opera, operetka, czy musical… Każdy z tych muzycznych gatunków jest mi bliski i w każdym znajduję coś dla siebie! Z ostatnich spektakli to najbardziej bliska jest mi rola Pan Hobbsa z „Małego Lorda”. To taki poczciwy i uczciwy gość, który swoją dobroć, szczerość i przyjaźń ma przekazać małemu chłopcu - Cedricowi oraz w szerszym założeniu -  publiczności. Takiego właśnie Hobbsa starałem się stworzyć, a praca nad tą rolą przyniosła mi wiele satysfakcji. Lubię także postać doktora Falke z „Zemsty nietoperza” oraz rolę Żupana w „Baronie cygańskim”. Świetnie się bawię wcielając się w Pająka w „Księdze lasu”. A moim marzeniem pozostaje ciągle partia Tewiego w „Skrzypku na dachu”. Przyjdzie na to czas…

OK: Jak się Pan przygotowuje do roli?

MK: System pracy w przygotowaniu każdej roli jest dość podobny. Trzeba zapoznać się z librettem, przeanalizować swoją partię, wymyślić ją po swojemu. Opera wymaga pewnego przerysowania granych postaci – śpiewak, podobnie jak aktor musi przedstawić swojego bohatera, a największy nacisk położony jest w przypadku opery na śpiew. I właśnie muzyką, słowem śpiewanym oraz gestem kreujemy operowych herosów. Każdy na swój sposób, wedle własnych emocji. Nie chodzi o kopiowanie, podpatrywanie innych. Trzeba zawsze znaleźć swój własny pomysł na postać. W tym tkwi tajemnica sukcesu.

OK: Czy występuje Pan także poza operą?

MK: Tak, teraz przygotowuję partię ojca w operze E. Humperdincka „Jaś i Małgosia”. Premiera odbędzie się w Filharmonii w Olsztynie - 26 maja br. Dużo też koncertuję w Krakowie i w innych miastach. Wykonuję różnorodny repertuar od opery, poprzez operetkę, musical czy popularne piosenki. Tak, aby każdy znalazł coś dla siebie!

OK: Czy ma Pan swojego mentora?

MK: Jest nim prof. Andrzej Biegun, w klasie którego studiowałem. Często proszę go o konsultację lub o opinię dotyczącą przygotowywanej bądź granej już przeze mnie roli. Ponieważ Andrzej od wielu lat występuje na scenach operowych, stale uczę się od niego nie tylko samego śpiewu, ale także aktorstwa i scenicznych zachowań… Praktyka jest najważniejsza!

OK: Co poza sceną jest Pana największą pasją?

MK: Jestem zapalonym wędkarzem. Poza tym uwielbiam las i zawsze z utęsknieniem czekam na pojawienie się grzybów. Odpoczywam na łonie natury.

 

Rozmowę przeprowadziła Anna Barańska w dn. 6.03.2014 r.